Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/operemur.to-brazowy.pulawy.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server154327/ftp/paka.php on line 5
ciemnych oczach.

restauracji była garstka klientów.

pokoju.
inwestowania i nadzorowania, ale w zasadzie taka kupa pieniędzy
Drzwi prowadzące w głąb domu otworzyły się i stanął w nich
gardło, choć wiedziała, że policja już o to pytała Robertę. Wtedy
- Senora Boone.
rozczarowany i podniecony jak nastolatek. Widział teraz, jak

samochodów, sprawdzając, czy Sunny się gdzieś nie schowała albo nie leży w bagażniku jakiegoś pickupa. Ale nigdzie nie było po niej ani śladu. Jakim cudem zniknęła? Zadzwoniła po taksówkę ze szpitala? Ktoś ją zabrał samochodem? Ukradła samochód? Wsiadła do autobusu? Pokuśtykała wsparta na lasce i zdana na miłosierdzie Boże? Jak? Na czoło Cassidy wystąpił pot. Wróciła do szpitala. Nie wiedziała, jak powiedzieć o wszystkim Chase’owi. O wszystkim. O tym, że być może jego brat nie żyje. Ale żyje jego przyrodni brat, chociaż Chase wcale nie miał pojęcia o tym, że są spokrewnieni. I na koniec, że zaginęła jego matka. Przez Cassidy. Kolejny powód, żeby ich małżeństwo, i tak walące się w gruzy, rozpadło się szybciej. - Od początku mówiłem, żebyś jej tu nie przyprowadzała! - warknął Chase, kiedy Cassidy powiedziała mu o Sunny. - Pomyślałam, że chciałaby zobaczyć syna. - Długo tu nie zabawiła. - Rozmawiałeś z nią? - Nie. - Och, Chase... - Podeszła do łóżka i wpatrywała się w niego. Nie spuszczał z niej miotającego gromy oka. - Nic jej nie będzie. - Nie byłbym tego taki pewien. Chwyciła poręcz łóżka i z trudem przełknęła ślinę. - Przepraszam. Nie odpowiedział. Uspokoiła się i powoli wypuściła powietrze. - Powinieneś wiedzieć o czymś jeszcze. - Więcej dobrych wieści? - zaszydził. Jego słowa ledwie dało się zrozumieć z powodu drutów w szczęce. - Nie. Złych. - Oddychała nierówno. - Zmarł dzisiaj mężczyzna z intensywnej terapii. Byłam tam i zobaczyłam, jak wchodzą zastępcy szeryfa. Wyczułam, że coś się stało... Oko zamknęło się, a w pokoju zapanowała grobowa cisza. Chase wyglądał tak, jakby przestał oddychać. Miał zaciśnięte usta. Siniaki na twarzy zrobiły się ziemistoszare. Zza drzwi dobiegały przyciszone odgłosy - dźwięk telefonów, brzęk wózków i rozmowy. Wszystko przestało być ważne. Cassidy przerwała ciszę. - Chase, oni nadal nie wiedzą, kto to był. Ale oni tu przyjdą, żeby cię przesłuchać, jeżeli tylko doktor Okano nie będzie miał nic przeciwko temu. Chyba... powinieneś się zastanowić nad tym, co im powiesz. - Powiem im prawdę. - To znaczy? Wpatrywał się w nią tak uporczywie, że omal nie krzyknęła. Nie odezwał się ani słowem, ale Cassidy nie miała wątpliwości, że człowiekiem, który umarł, był Brig. - To będzie ciężkie, Cass. - Pierwszy raz okazał odrobinę czułości, jakiej nie słyszała od niego od bardzo, bardzo dawna. - Dla ciebie. Dla mnie. Dla wszystkich. Sunny podziękowała farmerowi i wyskoczyła z brudnego pickupa. Po podłodze walały się narzędzia i w samochodzie było straszliwie brudno, ale człowiek był dobry i poczciwy. Zaproponował, że ją podwiezie, więc się zgodziła. Wcześniej zatrzymały się dwa samochody. Najpierw pełen dzieciaków zdezelowany chrysler. Zatrzymali się, uśmiechnęli miło, ale ich oczy błyszczały łobuzersko. Przez okna wydobywała się na zewnątrz chmura dymu marihuany. Jeden z nich zapytał: - Hej, babciu? A może by tak na wycieczkę do nieba? Pozostałe dzieciaki, zgniecione jak sardynki w puszce, zachichotały. - Już tam jestem - odpowiedziała Sunny z uśmiechem. - Nie podwieźć pani? Przecież idzie pani o lasce. - Dziękuję, ale wolę się przejść. - Wiedźma. Uprzejmość chłopaka prysła. Okazało się, że intuicja Sunny jej nie zawiodła. Słusznie przypuszczała, że chciał ją podwieźć tylko po to, żeby się z niej ponaśmiewać. Wiedziała, że chłopak, który z nią rozmawia, jest zły i nie ma skrupułów. Zerwał się na ubaw i miałby świetną zabawę, gdyby mógł postraszyć staruszkę. Pozostałe dzieciaki chciały się tylko przejechać. Dwie dziewczyny były zdenerwowane, jeszcze jeden chłopak, kierowca, najwyraźniej przestraszony, bo cały czas spoglądał we wsteczne lusterko. - Idę do syna. - A kto to jest? - prychnął chłopak. - Jezus Chrystus? - Ma na imię T. - skrót od Thomas - John Wilson - skłamała. - Może o nim słyszeliście.
Obudziła się w pustym łóżku. Usiadła i rozejrzała się wokół,
- Tak jest - odparł, jego twarz była nieruchoma, oczy zmrużone.
Kiedy skończyła jeść, Diaz posprzątał w kuchni i zaprowadził

30
tym lepiej, ale to już była sprawa policji. Milla nigdy nie utrudniała

– Długa? Na pięć minut? Pięć godzin? – zapytała. W jego pokoju telewizor migotał

istotnie może się tam zjawić.
krwi, wszystko, czego moglibyście potrzebować w razie, gdyby coś
wyłącznie rutynowe, powierzchowne śledztwo.

cantinero, czyli właściciel knajpy i barman w jednym, wyglądał na

Epilog Olivia powoli uniosła powieki. Otaczało ją niesamowicie jasne światło. Była w
- Ja też. - Tak trudno zdobyć jego podpis? Powiedział, że mogę wyjść ze szpitala, prawda? - Naciskała Amanda, a jej ładna buzia mówiła „nie wciskaj mi tu kitu”. - Tak powiedział. Jestem pewna, że za kilka minut wszystko będzie gotowe. Mamy tu dzisiaj duży ruch. Są jeszcze inni pacjenci - odpowiedziała pielęgniarka z wyrozumiałym, ale mocno wymuszonym uśmiechem. Potem spojrzała na pager przy pasku. - Proszę tu poczekać. - Podeszła do telefonu i podniosła słuchawkę. Amanda gotowała się ze złości. - Pani Drummond? - zapytał Reed, otwierając portfel i pokazując odznakę. - Pierce Reed z policji w Savannah. - Wiem, kim pan jest - powiedziała niecierpliwie. - Co pan tu robi? - Słyszałem, że miała pani nieszczęśliwy wypadek. - Nieszczęśliwy wypadek? Tak się to nazywa? Jezu, mój przewód hamulcowy został przecięty, tak powiedział ten policjant, kiedy zadzwonił do mojego męża. Jeśli to prawda, to znaczy, że ktoś próbował mnie zabić. - Odgarnęła włosy z oczu. - Znowu. Wie pan o tym, prawda? Sześć miesięcy temu ktoś chciał zepchnąć mnie z drogi. Nikogo to wtedy nie interesowało. Dopiero teraz się pojawiacie, gdy omal nie zginęłam. - Założyła ręce na piersi. - To nie był nieszczęśliwy wypadek, detektywie. To w ogóle nie był wypadek. - Zaczęła podnosić się z wózka. - Ktoś próbował mnie zabić! - Pani Drummond, proszę nie wstawać z wózka. Takie są zalecenia szpitala - powiedziała pielęgniarka. - Nie potrzebuję żadnego wózka, chcę stąd wyjść - warknęła Amanda. Wstała, nie spuszczając wzroku z Reeda. - I potrzebuję ochrony policji. Ktoś strzela do naszej rodziny jak do kaczek i zdaje się, że jestem następna w kolejce. - Domyśla się pani, kto to może być? - Czy to nie pańskie zadanie? To pan jest detektywem. - Chciałbym dowiedzieć się od pani, co się wydarzyło - powiedział, zastanawiając się, dlaczego dotknęły go jej docinki. Rozpuszczona, bogata suka. - Świetnie. Czas, żebyście się tym poważnie zajęli. Zanim wszyscy skończymy jak Josh Bandeaux! - Przed szpital zajechał samochód. - Wybaczy pan, ale przyjechał mój mąż. - Spojrzała lekceważąco na pielęgniarkę. - Wychodzę, z wypisem czy bez. - Już po problemie. Doktor Randolph właśnie go podpisał. - Pielęgniarka podała jej kopertę, a do holu wszedł wysoki chudy mężczyzna w mundurze pilota. - Co się stało? - zażądał wyjaśnień, a potem, już ciszej, dodał: - Wszystko w porządku? - To się stało, że ktoś chciał mnie zabić, skończyło się na rozwaleniu samochodu. I... nie... nic mi nie jest. - Amanda złagodniała, zamrugała kilka razy i odchrząknęła, jakby zebrało jej się na płacz. Opanowała się jednak i odzyskała swój zwykły sarkastyczny ton. - To jest detektyw Reed. Złapie tego sukinsyna, zanim znów uderzy. Prawda, detektywie? - No cóż, zrobimy wszystko, co w naszej mocy. - Pani Drummond, proszę usiąść. - Pielęgniarka była nieustępliwa i Amanda z ociąganiem usiadła na wózku. - Mam nadzieję, detektywie Reed - rzuciła Amanda przez ramię. - Bo następnym razem mogę nie mieć tyle szczęścia i będziecie mieli kolejne niewyjaśnione morderstwo.
O frustracji chłopaka świadczył rumieniec i zaciśnięte zęby.

żebraniu o pieniądze - w dodatku wciąż od tych samych ludzi - trzeba

potem oglądał durne programy w telewizji. Zasnął, zapadł w niespokojny sen, w którym
robił. – O to, że odezwie się twoja kalifornijska przeszłość?
widocznych pasażerów, ale nikogo nie poznał. Nikt nie przypominał jej nawet odrobinę.